setTimeout(“ga(‘send’, ‘event’, ‘read’, ‘20 seconds’)”,20000);

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE W OSTATNIM TYGODNIU

środa, 4 października 2017

Zapraszam do lektury realacji Dominika Kopczyńskiego z trenujmy24.pl, z którym niedawno rozpocząłem współpracę. Tematycznie troszkę zaskakująco, ale bardzo ciekawie.


O autorze: Trener Dominik Kopczyński – Trenujmy24.pl – absolwent AWFiS w Gdańsku, a zarazem certyfikowany trener osobisty działający na terenie Elbląga i okolic. Specjalizuje się w planowaniu treningu, żywienia oraz suplementacji, ponadto czynny zawodnik i trener BJJ.


W sobotę 16 września mieliśmy okazję zjawić się na polach Grunwaldu, gdzie odbywał się pierwszy turniej Polskiej Ligii Walk Rycerskich TOTAL WAR w sezonie 2017/2018, który został zorganizowany przy wsparciu firmy CENEGA, dystrybutora gry TOTAL WAR WARHAMMER II. Do boju stawiło się osiem drużyn, które startowały w formule 5 vs 5, składające się z przynajmniej pięciu zawodników, ponadto odbyły się sparingi kobiet oraz walki 3 vs 3, a także 16 vs 16, gdzie w tych ostatnich miałem przyjemność brać udział. Mój punkt widzenia to spojrzenie z perspektywy laika, zawodnika BJJ oraz trenera.
Może na początek przedstawię czym są sportowe walki rycerskie – to przede wszystkim walki 5 vs 5. Naprzeciwko siebie wychodzą dwie pięcioosobowe grupy i walczą do ostatniego zawodnika, który ustoi w polu. Dowolną techniką można obalić przeciwnika – dozwolone są kopnięcia, uderzenia głowicą miecza, rantem tarczy, techniki zapaśnicze i inne „nierycerskie” chwyty. Nad przebiegiem walk czuwa kilkuosobowy zespół sędziowski.
Niewątpliwym plusem jest to, że większość zawodników jest świadoma zasad i się do nich stosuje, więc nie ma przypadków typu powroty do walki powalonych zawodników.


Pokonana osoba to taka, która złapie trzy punkty podparcia z podłożem, co wyklucza ją z dalszej walki. Ponadto może zostać zdyskwalifikowana za nieregulaminowe zagrania, a także z powodu uszkodzeń w zbroi, które mogą zagrażać bezpieczeństwu samego zawodnika, a także jeżeli sędziowie zdecydują, że przewaga liczebna jest na tyle duża, że sens dalszej walki jest niewielki.


Samo wydarzenie miało miejsce w Stębarku, na placu przed Muzeum Grunwaldzkim. Pole walki stanowiły szranki ogrodzone drewnianymi barierami, które wedle przepisów muszą mieć rozmiar minimum 7,5m x 15m i do tego minimum dostosowano się chyba w tym dniu. W okolicy było sporo miejsca, aby drużyny mogły spokojnie podjechać autami, rozłożyć swój sprzęt i przygotować się do walki.
Ja swój dzień spędziłem z chłopakami z drużyny Niepokorni Bartex Orzesze, która po całym dniu bojów zajęła drugie miejsce w całym turnieju, czego w tym miejscu chciałbym im serdecznie pogratulować.
Za namową menadżera Kadry Polski oraz kapitana drużyny Niepokornych Damiana Łakomskiego postanowiłem spróbować swoich sił w walkach 16 vs 16 oraz 5 vs 5. Na miejsce przybyliśmy 2h przed pierwszymi walkami, więc wydawało się, że mamy mnóstwo czasu na przygotowanie – bardzo się myliłem.
Ubranie oraz dopasowanie pożyczonej zbroi do mojej postury zajęło bardzo dużo czasu, wymagało wielu poprawek i umiejętności improwizacji pod presją czasu. Warto wspomnieć w tym miejscu jak ważne jest dobre wyposażenie tzw. “pit-stop’u”, ponieważ w trakcie ubierania zawodników zawsze pojawiają się problemy typu urwane paski, rzemienie, za mało albo za dużo dziurek w pasku, coś odpadło albo się odkręciło, a czegoś się w ogóle zapomniało.
Dość istotny jest fakt, że pod ubiorem i pancerzem z epoki kryją się czasem nowoczesne rozwiązania – laserowo cięte elementy, dospawane drobiazgi itp. W sytuacji, gdy czasu jest mało i trzeba improwizować, to pojawia się srebrna i lniana taśma, sznurki, nitki, niteczki i wszelkie inne materiały, które umożliwią powrót do walki w trakcie minutowej przerwy.
Koniec końców udało się!
Jak czuje się człowiek pierwszy raz w zbroi? Nie będę ukrywać, że dziwnie. Ruchy, które na co dzień wykonujemy normalnie przychodzą nam dość trudno, poczynając od obrócenie głowy, gdzie musiałem się poruszać jakby mnie przewiało, przechodząc przez podnoszenie czegokolwiek z ziemi, a kończąc na bieganiu i walce – z tego co mi powiedziano, to pancerz był i tak na tyle dobrze spasowany, że aż tak ograniczony w nim nie byłem. Niemniej jednak czułem się bardzo bezpiecznie, ponieważ jakość pancerza była na najwyższym poziomie, toteż czułem się z tą świadomością dość komfortowo. Jeżeli chodzi o jakość, o której ja nie miałem pojęcia. Bardzo dużo ludzi chciało robić sobie zdjęcia tego, co miałem na sobie, pytało mnie o człowieka, który to zrobił, cenę, użyte mechanizmy itd. – ja osobiście nie miałem zielonego pojęcia i nie byłem wstanie udzielić odpowiedzi, ale zainteresowanych odsyłałem do bardziej zaznajomionych kolegów.
Wracając do samych walk. Turniej rozpoczął się od starcia 16 vs 16, które można by nazwać rozgrzewką dla zawodników. Stworzono trzy szesnastoosobowe ekipy, łącząc drużyny “piątek” w jedną “szesnastkę”, które walczyły na zasadzie “każdy z każdym” do dwóch wygranych bojów.
Moja “szesnastka” walczyła w pierwszym starciu, do którego dostałem półtorej metrową halabardę, a ustawiony byłem w centrum szyku. Na początku był spory stres, ale minął przy pierwszym uderzeniu, które otrzymałem i zadałem. Bez wątpienia problemem było dla mnie odnalezienie się w hełmie, ponieważ mało widziałem, prawie nic nie słyszałem, a przede wszystkim nie miałem nawyku rozglądania się – walka jest na tyle dynamiczna, że nie ma opcji iść na pamięć. Skupiając się na przeciwniku po lewej nie zwróciłem uwagi, że wyszedłem przed szereg i dość szybko zostałem wywrócony.
W drugiej rundzie byłem już czujniejszy, więcej się obracałem i starałem się tak ustawiać, żebym kątem oka widział któregokolwiek z kolegów. Gdy myślałem, że już obczaiłem pracę w grupie, to pojawił się następny i to dość złożony problem: uderzając zahaczam kolegów bronią. Z racji tego, że miałem ten dość długi drzewiec, nie ogarniałem za bardzo jego długości, przez co zderzałem się z bronią kolegi, a z kolei atakując uderzałem albo drzewcem zamiast ostrza albo machałem przed przeciwnikiem. To starcie skończyło się koniec końców tym, że przełamał się szereg, ja zgubiłem broń i ratowałem się obalając przeciwnika, który pociągnął mnie za sobą.
Tu warto wspomnieć, że łatwo jest kogoś wywrócić, ale ciężko jest zrobić to w taki sposób, żeby nie wykluczyć przy tym samego siebie.
Do pierwszej rundy drugiego starcia wyszliśmy już na zmęczeniu, ponieważ przeciwnik otrzymał przywilej odpoczynku za wygraną w pierwszym starciu, więc na nas weszła świeża “szesnastka”, czyli trzecia drużyna. Tu już też byłem stosunkowo czujny, nawet trochę dłużej powalczyłem stojąc, jednak sytuacja zmusiła mnie do dość mocnego wyjścia w przód i obalając wyłączyłem też siebie z walki. Niby nic, ale tak jak chłopaki mi powiedzieli, że jak lecę na ziemię, to zawsze z kimś.
Ostatnie starcie było już ciężkie, bo do niego siłę miało wyjść tylko dziewięciu zawodników i tylu samo wystawili też przeciwnicy. Tutaj już więcej sobie poganiałem, porozglądałem się – czułem, że coś porobiłem. W tym wypadku popełniłem z kolei błąd techniczny, bo podnosiłem wypuszczoną broń – poinformowano mnie przed walką o tym, że nie mogę, ale nie wiedziałem, że zabrania tego regulamin, myślałem bardziej o tym, żebym nie szukał na ziemi broni bo jestem łatwym celem. Niestety, ale zostałem zdyskwalifikowany.
Jak oceniam walki 16 vs 16? Jedno słowo: młyn. Dopóki dwie formacje stoją naprzeciw siebie i starają się wyczuć siebie nawzajem, to wygląda to dość spokojnie, jest poczucie, że ktoś gdzieś nad tym panuje, a wszystkie ruchy są zamierzone. Gdy dojdzie do sytuacji, że szyk się przerwie, a ponadto ktoś przebiegnie za plecy, to zaczyna się robić młyn. Ja miałem przede wszystkim problem z rozpoznaniem kto jest kim, chłopaki jako-tako się znali, więc wiedzieli na kogo napierać, ja niestety mniej. No i ciosy, które nadchodzą z każdej strony i nawet ciężko momentami wyczuć z której, żeby można było się tam obracać i szukać celu. Mimo wszystko świetnie się bawiłem, poczułem tą adrenalinkę i z chęcią spróbuję kolejny raz.
Po turnieju “szesnastek” przyszedł czas na główne danie, czyli turniej drużynowy 5 vs 5. Każda z obecnych drużyn walczyła o punkty, które są podstawą do ostatecznej klasyfikacji pod koniec sezonu, a sama punktacja jest uzależniona od ilości drużyn – im jest ich więcej, tym więcej punktów można zdobyć. Klasyfikacja i prezencja w trakcie sezonu jest podstawą do wyboru zawodników do kadry narodowej. Drużyny były podzielone na dwie grupy:
Grupa 1:
1.Sierotki
2.KSR 2
3.Sierotki
4.Silesia
5.Von Massow
Grupa 2:
1.Fabryka Świń
2.KSR1
3.WIM
4.Orzesze
Na skutek zdarzeń losowych drużyna Von Massow musiała wycofać się ze startu, ale na słowa uznania zasługuję bez wątpienia fakt, że zawodnicy z tej drużyny nie pocałowali przysłowiowej klamki. Czemu? Inne drużyny chętnie przyjęły ich do walki w swoich szeregach, co pokazuje, że sportowy duch i dobra zabawa jest ważniejsza niż ligowe punkty.
Pierwsza walka to pojedynek z drużyną WIM, czyli mówiąc prościej: Warmia i Mazury, a zakończyło się wynikiem 2:0 dla zawodników z Orzesza. Inaugurujące starcie było ciężkie, ale widać było doskonałe przygotowanie drużyny z Orzesza, która mocno postawiła na przedsezonowe treningi taktyki, które opracowywał kapitan drużyny, ponadto indywidualne akcje zawodników, które momentami były bardzo efektowne, ale i efektywne. Koniec końców – mecz do przodu, punkty zebrane.
Czwarte starcie było już w półfinale, gdzie naprzeciw Niepokornym stanęła drużyna Silesii. Bardzo zacięte starcie, które zakończyło się wynikiem 2:1. Bardzo dużym zastrzykiem energii dla drużyny było wejście Mariusza Olesia, który był wcześniej zmuszony pauzować. “Olo” wniósł nową świeżość do drużyny oraz sportową agresję, co przyczyniło się do zwycięstwa w tym ważnym boju. Na uwagę zasługuje również postawa Damiana Łakomskiego, który pokazał swoje doświadczenie spokojnie pokonując potwornie zmęczonego rywala, który stoczył długi pojedynek z czeskim Orzeszkiem, który tego dnia był człowiekiem nie do ubicia. Wynik: finał.
Piąte, a zarazem ostatnie starcie finałowe to ponownie pojedynek z drużyną KSR. Niestety, ale zawodnicy drużyny przeciwnej również tym razem udowodnili swoją wyższość i zgarnęli zwycięstwo w tym dniu pokazując, że ich forma to nie kwestia szczęścia i to oni są drużyną, którą wszyscy będą gonić w tym sezonie.
PODIUM:
1.KSR
2.Niepokorni Orzesze
3.Sierotki
Z racji tego, że nie jestem nawet zawodnikiem, nie chciałem brać udziału w walkach 5 vs 5, które toczyły się o ligowe punkty. Nie chciałem, aby moja zachcianka mogła zaprzepaścić szansę chłopaków na zebranie większej puli. Mimo wszystko – starałem się pomóc ile w mojej mocy, więc wziąłem się za pit-stop, czyli: pomagałem ubierać się i rozbierać ze sprzętu, poprawiałem go, naprawiałem na szybkości to co w mojej mocy, podklejałem, wiązałem, dorzucałem bronie, rękawice itp. Chciałem chociaż w ten sposób, bo chłopaki mieli i tak okrjony skład.
Pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze, jeżeli chodzi o sprawy organizacyjne. Pech chciał, że w prawie każdej walce interweniować musieli ratownicy medyczni, którzy byli zapewnieni przez organizatora. Wszystko fajnie, panowie bardzo sprawnie skakali przez barierki i dobiegali do rannego i… No właśnie, i co? Widzą delikwenta ubranego od stóp do głów w pancerz, a powód bólu jest ukryty gdzieś pod blachą. Moim zdaniem, ratownicy powinni mieć do dyspozycji człowieka, który działa razem z nimi i pomaga im zdejmować pancerz z poszkodowanego, bo się będzie w przeciwieństwie do nich na tym znał. Ratownik może debiutować w tego typu imprezie i niekoniecznie musi umieć otworzyć czyjąś nogę czy dostać się do czegoś innego. Oczywiście są zawodnicy, którzy chcą pomóc, ale nie oszukujmy się – są zmęczeni, czasem nie widzą, że coś się dzieje, są ubrani w pancerz, który im pomoc utrudnia itd. Jeden dodatkowy człowiek, który ułatwi robotę ratownikowi to niewiele, a być może uchroni kogoś przed poważną kontuzją.
Podsumowując: sportowe walki rycerskie to niesamowicie ciężki sport. Będąc osobą związaną ze sportem od zawsze i nadal czynnie trenując poczułem, że jest to coś całkiem innego niż robię na co dzień. Dzięki drużynie Niepokornych Bartex Orzesze spędziłem miło czas i miałem możliwość spełnić jakieś tam swoje marzenie z dzieciństwa, co w normalnym wypadku raczej nigdy by mi się nie udało. Mam nadzieję, że tego typu sport coraz częściej będzie wchodził na salony, ponieważ jest to dziedzina, w której Polska Kadra ma wiele osiągnięć, a w ogóle o tym nie słychać. Zamiast skupiać się nad porażkami, nagłaśniajmy osiągnięcia.
fot. O. Rząsik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz